poniedziałek, 27 stycznia 2014

Rozdział piąty- (Nie)Przyjemne wspomnienia

Cześć Miśki!
Wpadam właśnie z nowym rozdziałem.
Od dwóch tygodni nic tu nie wstawiałam, ale teraz wracam z najdłuższą notką w mojej karierze literackiej.
Można ją określić jako stosunkowo nudną, ale mnie się podoba. 
Od razu mówię, że w opowiadaniu znajdują się literówki i inne tego typu badziewie, ale nie chcę mi tego sprawdzać.

Zapraszam do czytania :p

Rozdział piąty - (Nie)przyjemne wspomnienia

     Jeśli ostatni dzień był ekscytujący i dziwny to kolejne noce możemy uznać za niesamowicie... nudne.  Okej, zdarzyło mi się pokłócić z nauczycielem, odwiedzić dyrektora w jego gabinecie, a to wszystko przez to, że złamałam nos jakiemuś frajerowi. Oczywiście nie z mojej winy. Cienias płakał jak baba. Stop, gorzej. Jak histeryczka na widok złamanego paznokcia. Eh, nieprzyjemny widok. Nie wiem dlaczego, ale belfry wzięły jego stronę. Próbowałam im wytłumaczyć zaistniałą sytuację, ale nie... My wiemy lepiej. A przecież każda rozsądna kobieta na moim miejscu zrobiłaby to samo. On oczywiście kłamał jak z nut ale kto uwierzy siedemnastoletniej córce diabła?  No właśnie... Nikt. Eh, może lepiej wam wszystko opowiem. Od początku do końca. Z każdym nawet najmniejszym szczegółem.
    Tego dnia musiałam iść na lekcje. O dziwo wnerwiające duchy, straszni nieznajomi i świecący w mroku naszyjnik pomógł mi zapomnieć o grypie. Cudownie - pomyślałam z goryczą - nie dość, że przez  całą noc nie spałam, to jeszcze muszę biec do ośrodka wychowawczego dla debili lub jak kto woli placówki zwanej szkołą.
    Wstałam z łóżka (nawet nie wiem, kiedy się tam znalazłam) i ruszyłam w stronę szafy z ubraniami. Zegarek na biurku wskazywał 6:45. Mam jeszcze ponad godzinę do zajęć - stwierdziłam z ulgą. Co jak co, ale do więzienia miałam bardzo blisko. Oh, mama się o to postarała. Mary podczas przeprowadzki starała się wybierać stosunkowo dobry budynek, leżący gdzieś w centrum miasta. Chciała, abym miała łatwy dostęp do różnych źródeł. Nie ważne czy to były kluby,sklepy czy biblioteki. Dla mojej rodzicielki liczył się sam fakt mieszkania w takiej okolicy.
    Szybko wygrzebałam z szuflady parę czarnych jeansów oraz luźną,szkarłatną tunikę, sięgającą mi do połowy ud. Po drodze do łazienki zgarnęłam również szczotkę do włosów. Po skończonej toalecie, ruszyłam do kuchni na śniadanie. Tam czekała na mnie niespodzianka.
    Na stole stał bowiem  duży talerzyk z naleśnikami. Obok nich stała butelka z polewą. Zdziwiłam się. Podeszłam do opisywanego przeze mnie obiektu. Obok pojemniczka z cieczą leżała karteczka z napisem 

Przepraszam za wczoraj
Mam nadzieję, że będzie Ci smakowało
 Mary

    Stałam zaszokowana. Od kiedy mama jest... no cóż...  w miarę sympatyczna? Zawsze zapominała o wszystkim, włącznie o moich urodzinach, a teraz taki prezent? Pokręciłam głową. Mary musiała bardzo wcześnie wstać, aby to zrobić - pomyślałam z dziwnym do opisania uczuciem. Z jednej strony było mi miło, że się o mnie troszczy, a z drugiej czułam wyrzuty sumienia, ponieważ zachowywałam się dosyć wrednie w stosunku do niej. Spojrzałam na posiłek. Kobieta musiała praktycznie o świcie przejść się do sklepu po potrzebne składniki do skonstruowania takiej uczty.
    Wyciągnęłam ze zmywarki widelec, po czym go opłukałam i zabrałam się do jedzenia. Polałam obwicie ciasto moim pysznym syropem i zaczęłam pałaszować w taki sposób, że aż mi się uszy trzęsły. Zastanawiałam się nad przyczyną dobroduszności Mary. Czy pojęła to , że ma tylko jedną córkę?  Czyżby chciała się poprawić w byciu matką?- zadawałam sobie pytania. Wstałam od blatu i wrzuciłam naczynia do zlewu, a butelkę z polewą do lodówki. Następnie ruszyłam do drzwi wejściowych zabierając po drodze plecak. Przed odejściem popatrzyłam na zegar, który stał w kącie przedpokoju. Za dziesięć ósma - wskazywał. Z ciężkim sercem zamknęłam mieszkanie i ruszyłam podbijać nowe lądy. Idąc do szkoły rozmyślałam o siostrze mamy. Możliwe, że to ona miała wpływ na Mary. Westchnęłam.
     Ostatnia przeprowadzka miała miejsce miesiąc  temu, kiedy mama dowiedziała się o chorobie Sarah. Nadal pamiętam jej  wyraz twarzy, w chwili gdy usłyszała wyrok dla swojej siostry. Na początku zbladła. Nie, to eufemizm. Była biała jak prześcieradło. Z szokiem patrzyła na kobietę stojącą obok niej z zatwardziałą miną. Później zrobiła się czerwona i wybuchnęła niepohamowanym płaczem. Trzęsła się jak osika, patrząc na swoją młodszą siostrzyczkę. Po chwili zgarnęła dziewczynę do siebie, trzymając ją w stalowym uścisku. Sarah po minucie odwzajemniła chwyt,po czym również zaszlochała.
    Patrząc na tę scenę poczułam napływające do moich oczu łzy. Nie wyj kretynko - skarciłam się - jeszcze coś usłyszą. Stałam w przedpokoju mojego starego domu, uchylając lekko drzwi do salonu. Nie miałam prawa ich podsłuchiwać, lecz jak tylko zobaczyłam ciocię w progu naszego budynku, wiedziałam , że stało się coś złego. Miała to wypisane na twarzy. Kazała mi zawołać mamę, a sama weszła do pomieszczenia, nie przejmując się wilgotnym od deszczu odzieniem. Mary słysząc głos Sarah natychmiast zeszła na dół po schodach. Moja rodzicielka również szybko zorientowała się, co w trawie piszczy i poprosiła mnie, abym zmykała do pokoju, podczas gdy ona będzie rozmawiała z siostrą.
    Szybko podjęłam decyzję i zaraz znalazłam się przed przybytkiem z którego dochodziły znane mi głosy. Nie spodziewałam się tego, co teraz usłyszałam. Myślałam, że stało się coś mniej drastycznego, np. problemy w pracy, kłótnia z koleżanką, ale nie to.  Nim się spostrzegłam moja twarz zrobiła się mokra, a słone kropelki spływały mi po policzkach, powoli tworząc pode mną kałużę. Nie, ona nie może umrzeć - pomyślałam ze strachem - błagam nie.
- Czy to ostateczny wynik? - zapytała mama zachrypniętym od płaczu głosem.
    Uchyliłam szerzej drzwi, chcąc uchwycić większą przestrzeń. Widziałam całe wnętrze salonu. Wyłapałam kremową sofę stojącą w centrum pokoju, biały jak śnieg puchowy dywan rozciągający się na całą długość pomieszczenia, szary stolik do kawy znajdujący się naprzeciw kanapy, a także ogromny plazmowy telewizor widniejący na fasadzie pod którym zamontowano kino domowe. Te wszystkie przedmioty okalały pomarańczowe jak zachód słońca ściany, przyciemniając wnętrze salonu.
    Sarah pokiwała głową, nie ufając swojemu głosowi. Mama popatrzyła na nią zdruzgotana.
- Nie - rzekła z wyraźną mocą - to na pewno pomyłka. Lekarze muszą się mylić - dodała już ciszej.
- To nie jest żadna pomyłka! Mary czy ty w ogóle mnie słuchasz?! Byłam w szpitalu! Robiłam te wszystkie cholerne badania! Zdiagnozowali to miesiąc temu - wybuchła kobieta.
- Czekaj.... Miesiąc temu?! Ukrywałaś to wszystko cholerny miesiąc?! Co ty sobie myślisz?! - Mary spojrzała na nią gniewnie ściągając brwi.
- Musiałam się upewnić! - krzyknęła Sarah, a potem dodała szeptem - Mary... Ja umieram - ostatnie słowa powiedziała niemal bezgłośnie.
- Nie! Nie! Nie! - mama ciężko opadła na sofę, zasłaniając twarz dłońmi. Chwilę później dołączyła do niej Sarah, obejmując ją ramieniem.
- Wszystko będzie dobrze - powiedziała do siostry uspokajająco.
    Ta scena głęboko utkwiła mi w pamięci. Często do niej wracam, przypominając sobie wszystkie detale tej rozmowy. Rozmowy, która odmieniła moje spojrzenie na świat.  Jeden ruch, jeden gest wystarczy,by zniszczyć mnie - zaśmiałam się ponuro w duchu. Gdyby to trochę rozwinąć, to byłaby z tego ciekawa piosenka. Egzystencja jest za krótka, aby martwić się śmiercią, ponieważ jedna głupia decyzja ukazuje, czym się w życiu staniesz. Drapieżcą czy zwierzyną.
    Moje rozmyślania przerwał nagły ruch za oknem. Widziałam parę ciemnych oczu przemykających po sylwetkach kobiet, aby następnie utkwić wzrok w mojej postaci. Co dziwne kształt za szybą wpatrywał się we mnie oceniająco, jakby wiedział coś więcej ode mnie. Zanim zdążyłam się mu się lepiej przyjrzeć,  zniknął w strumieniach deszczu, zostawiając ze sobą tylko wspomnienie swojej obecności.
    Z tym obrazem dotarłam na teren szkoły, zwanej także przeze mnie domem ladacznic,głupków, dziwaków,frajerów... Mam wymieniać dalej? Budynek w rzeczywistości przypominał więzienie,  szara jak beton farba łuszczyła się , a następnie odrywała od ścian, w szatni malowano różne grafity, krzesła były stare i prawie się rozpadały, ławki kleiły się od gum do żucia... Jak to mówią, żyć nie umierać. Uwielbiam swój wisielczy humor - uśmiechnęłam się ponuro.
    Do klasy dotarłam równo z dzwonkiem. Uczniowie na mój widok spuszczali wzrok, a nauczycielka zaś przeciwnie. Uraczyła mnie swoim znanym jadowitym spojrzeniem, ale nic nie powiedziała. Mimo wszystko nie spóźniłam się na lekcje.
    Usiadłam w ostatniej ławce od strony okien. Podczas wyjątkowo nudnych zajęć, często spoglądałam na realny świat za szybą. Zazwyczaj obserwowałam ludzi śpieszących się do pracy lub dzieci ,które bawiły się na placu zabaw, podobnym do tego,jaki istnieje pod moim blokiem.
     Dzieciństwo - najcudowniejszy okres w życiu. Wtedy jedynym zmartwieniem było wybranie zabawki, którą chcesz się zaopiekować. Słodkie lenistwo od rana do wieczora. Niemożliwość funkcjonowania bez słodyczy. Pobudzanie uśmiechu u sąsiadów. Śmiech wśród rodziców. Piękne czasy - pomyślałam nostalgicznie, uśmiechając się do swoich myśli.
    Zaraz spoważniałam. Nie - stwierdziłam - każdy człowiek nadal jest dzieckiem. Może nie na zewnątrz, ale w głębi duszy. Każdy miewa swoje wzloty i upadki. Możliwe, że maluchy mają ich mniej, ale jednak jakieś smutki są.
    Zamknęłam oczy i pozwoliłam sobie ponieść się wspomnieniom, które kiedyś paliły żywym ogniem.

    Czarnowłosa dziewczynka siedziała na placu zabaw, bujając się na huśtawce.  Towarzyszyła jej szczupła brunetka, mająca niewiele ponad osiem lat. Na podwórku nie było nikogo poza nimi. Brązowooka dziewczynka trajkotała właśnie o nowej lalce, którą zafundowali jej rodzice, w zamian za dobre oceny w szkole.
- I ma zestaw ubranek... I mikrofon... Bo to jest piosenkarka - powiedziało z dumą dziecko, po czym dodało, widząc obojętną minę koleżanki - Czy ty w ogóle mnie słuchasz?
- Co? Ah, przepraszam... Zamyśliłam się.
- Właśnie widzę. O czym tak myślisz? - zapytała z zainteresowaniem Emily Rich, która była najlepszą przyjaciółką Ellie, a zarazem jedyną osobą, przy której dziewczyna się otwierała.
- Jak uważasz, co czeka nas po śmierci? Czy spotkamy się z najbliższymi? Czy czeka nas wieczne potępienie? A może zostaniemy na ziemi, błąkając się bez celu? Tyle pytań, a tak mało odpowiedzi - wymamrotała czarnowłosa ze smutkiem. Brunetka patrzyła na nią ze zdumieniem, a następnie zastanowiła się nad słowami znajomej.
- Mamusia mówi, że źli ludzie idą do Piekła. A my jesteśmy dobre, więc zajdziemy do Nieba. Do babci i dziadka - dziewczynka uśmiechnęła się z rozmarzona - I tam będzie dużo czekolady.. I pegazy... I  białe jednorożce - spojrzała na koleżankę - Zawsze chciałam mieć swojego magicznego konika. A ty?
    Ellie przez chwilę milczała, a potem wyszeptała:
-Nie.
-Nie? - To jedno krótkie słowo wstrząsnęło Emily - Któż by nie chciał mieć własnego wierzchowca? - dziwiło się dziecko.
- Nie - potwierdziła Ellie, po czym dodała z szerokim uśmiechem - Mój konik nie byłby magiczny. To stworzenie będzie potężnym, ciemnym ogierem, przed którym drżałyby wszystkie kobyły. Miałby czarną jak atrament grzywę, powiewającą na wietrze - opowiadała siedmiolatka.
- Jesteś dziwna - powiedziała powoli Emily - I dlatego cię lubię. A nasze zwierzątka tworzyłyby przepiękną parę, którą pozazdrościłby nawet największy z królów. Wyobrażasz sobie to?
- Pomyśl sobie o długich spacerach po plaży, w promykach gasnącego słońca- zaświergotała z entuzjazmem Ellie - Albo jazdę na koniach o północy...
- Jakie to romantyczne - westchnęła z przejęciem brunetka.
- Romantyczne? Ty nawet nie wiesz, co to znaczy!
- Oczywiście, że nie. Ale mama często używa tego wyrazu. Szczególnie, gdy ogląda pewien film.
- Jaki? - zapytała z zainteresowaniem Ellie.
- A skąd mam wiedzieć? Pamiętam tylko katastrofę statku i jęki zachwytu mojej rodzicielki.
- Czekaj, no... Ona się cieszy z czyjegoś nieszczęścia. A ty mi mówisz, że ja jestem dziwna- Czarnowłosa patrzyła na brunetkę z udawaną złością.
- Wszyscy dorośli są dziwni - stwierdziła Emily z powagą - Poprosiłam kiedyś tatę, aby narysował mi coś, co chciałby mieć.
- I co namalował?
- Właśnie o to chodzi, że nic. Nie miał czasu, ponieważ śpieszył się do pracy.
- Starsi ludzie nie mają czasu na spełnianie marzeń. Dążą tylko do uzyskania wykształcenia, dostania dobrej pracy i wysokiej pensji - rzekła Ellie ze smutkiem. W jej głowie widziała obraz wiecznie zapracowanej mamy, nie mającej chęci, aby pobawić się z córką.
    Resztę sobotniego popołudnia dziewczynki spędziły w milczeniu, skupiając się przede wszystkim na swoich myślach. Zastanawiały się, czy wszystko jest takie, jakie się wydaje? Czy one także zgubią siebie, gdy dorosną? Czy zawsze musi tak być?

    Sceneria zmieniła się.  Nie widać było przyjaznego placu zabaw ani dwójki dzieci. Teraz na ich miejscu stały dwie młode nastolatki. Starsza z nich miała trzynaście lat, a druga dwanaście. Kobiety znajdowały się w ciemnym, a zarazem potężnym lesie. Jedynym źródłem światła był blask pochodzący z pomiędzy gałęzi drzew. Młodsza z dziewczynek zdawała się kierować swoją koleżanką. To ona znała ten zagajnik i jego wszystkie tajemnice. To było jej ulubione miejsce do odpoczynku.
- Ellie, gdzie ty mnie ciągniesz? - zapytała ze śmiechem Emily.
- Zobaczysz - odrzekła tajemniczo wymieniona powyżej nastolatka.
- A możesz mi chociaż wyjaśnić cel tej podróży? Co chciałaś mi powiedzieć? - zagaiła brunetka.
- Wszystkiego dowiesz się na miejscu - powiedziała cierpliwie dwunastolatka.
- Mogłabyś przestać być taka...
- Skryta? - weszła w jej słowo Ellie.
- Właśnie - potwierdziła Emily.
    Młodsza z dziewczynek milczała. Bała się. Właśnie dziś miała wyjawić swój największy sekret przyjaciółce. Szły dzielnie przez las, kierując się na północ.  Niezmordowane chodziły po zagajniku, nie martwiąc się upływem czasu.
     Po jakimś czasie nastolatki zaczęły powoli stąpać na palcach, gdyż przechodziły przez krzewy na których rosły jeżyny. A dziewczynki oswojone z różnymi wpadkami, nauczyły się uważać na to, jak się przemieszczają.
-Daleko jeszcze? - jęknęła Emily, nieprzyzwyczajona do większego wysiłku fizycznego.
- Niedaleko - odrzekła Ellie, siląc się na miarę pogodny ton.
- Nie rozumiem, dlaczego nie możesz mi wszystkiego wyjaśnić w domu, jak na normalnych ludzi przystało? Co jest takie ważne, aby wyznawać to w środku lasu? Czekaj, ty nie dołączyłaś przez ten rok do żadnej sekty, prawda?
    Dwa lata temu Ellie znów została zmuszona do przeprowadzki. Dziewczynka przez długi czas chodziła wiecznie przygnębiona i smutna. Sarah, widząc cierpienie swojej siostrzenicy postanowiła zainterweniować. Odkupiła od Mary dom, w którym mieszkała ze swoją córką i od razu się wprowadziła. Oczywiście zmieniła wystój wnętrza, lecz nie miało to większej różnicy dla Ellie. Od tamtego momentu dziewczynka przyjeżdżała do ciotki w każde wakacje i ferie, ciesząc się na myśl, że spotka Emily.
- Nie. To nic z tych rzeczy - powiedziało dziecko szeptem.
- To ja już nie wiem... Nie pijesz, nie palisz... - zaczęła Rich' ówna, ale czarnowłosa jej przerwała.
- Bo to nie zdrowe. A po za tym strasznie śmierdzi.
- Co? Alkohol czy papierosy? - zapytała brunetka, przedzierając się przez gąszcz, utkany ze ściółki i różnorakich krzewów.
- Oba - stwierdziła krótko Raven.
- Ghhhh. Nienawidzę czekać. Ej, a ty przypadkiem... -  Emily zatrzymała się w miejscu z szatańską miną.
- Ja co? - Ellie odwróciła się gwałtownie do swojej przyjaciółki, przeczuwając kłopoty. Rich spojrzała na nią niewinnie, jakby chciała powiedzieć : Co złego, to nie ja.
- Wiesz, jesteś już w wieku... - zaczęła brązowooka.
- Jestem tylko o rok od ciebie młodsza, mózgu... - powiedziała gniewnie czarnowłosa. Jej przyjaciółka kontynuowała, jakby jej nie przerwano.
- w którym zaczynają działać hormony... Możliwe, że spotkałaś już na swojej drodze kogoś, kto zamieszał w twoim życiu - dziewczyna sugestywnie spojrzała na koleżankę. Ellie się zaczerwieniła jak burak.
- No wiesz?! Ja nie... No nie... - dziewczynka zaczęła się jąkać. Emily zaśmiała się.
- Ja tylko żartuję, kretynko. Chłopcy w naszym wieku są do bani. Są strasznie... Jakby to ująć? Dziecinni. Tylko zabawy samolocikami im w głowie. Zapytałam raz mojego kolegę z klasy, co sądzi o wzroście głodu na świecie...
- I co powiedział? - zainteresowała się młoda.
- Eh, spojrzał na mnie jak na wariatkę i uciekł, gdzie pieprz rośnie- odrzekła brunetka ze śmiechem. Po chwili Ellie do niej dołączyła. Obydwie dziewczynki w niezbyt przyzwoity sposób chichotały, co rusz prychając i parskając. Po pięciu minutach uspokoiły się i ruszyły w dalszą drogę.
    Po kilku jękach ze strony Emily i garstce uszczypliwych uwag ze strony Ellie, dziewczynki dotarły na miejsce. Znajdowały się na ogromnym, zapuszczonym cmentarzu, którego dokładną lokalizację znała właśnie dwunastolatka.
     Rich' ówna rozejrzała się po polanie, nie wiedząc co powiedzieć. Z jej punktu widzenia tkwiły na ogromnej, płaskiej przestrzeni, na której mieścił się duży budynek. Nie widziała żadnych nagrobków ani jakichkolwiek oznak paranormalności.
- Gdzie jesteśmy? - zapytała otępiała Emily. Jej towarzyszka uznała to pytanie za niestosowne.
- Raczej należałoby powiedzieć, po co tu jesteśmy - odrzekła po chwili czarnowłosa.
    Szybkim ruchem  podeszła do kaplicy cmentarnej, nie czekając na swoją przyjaciółkę.
-Główne drzwi są zamknięte, na wszystkich metalowych częściach zalęgła rdza, uniemożliwiając przejście dalej - wyjaśniła Raven koleżance, która zmierzała do bramy wejściowej.
    Niebieskooka złapała starszą dziewczynkę za rękę i zaprowadziła na tył budynku. Ellie przyzwyczajona do widoku przybytku, nie zwracała na niego większej uwagi. Młoda rich zaś odwrotnie.
    Z zapartym tchem przyglądała się grubym, niemal grafitowym ścianom kaplicy. Z uwagą śledziła wszystkie wgłębienia i uszczerbki jakie spowodował czas.
- To musi być bardzo stary budynek - zadecydowała - większa jego część znajduje się pod mchem i porostami - zauważyła.
    Ellie pokiwała głową, po czym dodała
- Na całej tylnej ścianie obiektu porozrastał się bluszcz. Świetnie ukrywa drugie, mniejsze drzwi, które prawdopodobnie służyły jako ewakuacyjne.
- Naprawdę? - zapytała Emily podekscytowana - A co za zabudowanie? Jakaś część zrujnowanego zamku? Kawałek twierdzy? Stary kościół? - paplała jak najęta.
- Kaplica... cmentarna - szepnęła z wahaniem czarnowłosa. Młoda Rich zaśmiała się,po czym spoważniała, widząc nadąsaną minę koleżanki.
- Wybacz, ale... Tylko ty potrafisz przyprowadzić człowieka na stary cmentarz pod pretekstem rozmowy - rzekła wesoło jakby znajdowała się na placu zabaw, a nie na miejscu pochówku zmarłych.
    Ellie uśmiechnęła się z ulgą. Jeden problem z głowy, pozostaje sześćdziesiąt sześć tysięcy szęśćset sześćdziesiąt sześć kłopotów na mojej liście. Dziewczynka z pewnością siebie podeszła do najbardziej zarośniętej części budynku i odgarnęła zwisający bezładnie bluszcz, w taki sposób, że odkryła znajdujące się pod rośliną przejście.
- Proszę tędy Madame Rich - powiedziała Raven przez nos, imitując starego,nieco dziwacznego lokaja rodziców Emily. Jej towarzyszka zachichotała, wchodząc do budynku, a jej śmiech niósł się echem po pustej sali niczym tysiące małych dzwoneczków.
    Dziewczynki weszły w głąb zabytku. Obecnie przechadzały się po ogromnej sali, mijając stare, lekko spróchniałe ławki. W różnych punktach budynku walały się sterty liści, rozrzuconych przez wiatr, który przemieszczał się przez dziurę w dachu. Ściany zdobiły lekko wypłowiałe obrazy świętych, wśród których szczególną uwagę zwracał wizerunek Matki Boskiej, trzymającej martwego Chrystusa. Główną część, czyli ołtarz zburzono, zostawiając tylko stertę gruzu. Wszystkie złocenia istniejące w budynku zostały zabrane przez ówczesne władze. Z ciemnozielonego sufitu wisiały dziesiątki, jeśli nie setki bluszczy. Szczególną uwagę zwracały również mchy znajdujące się praktycznie w każdym miejscu pod dachem, przeplatając się z innymi roślinami.
    Lekko zmęczona podróżą Ellie klapnęła na jedną z mniej zakurzonych ławek. Wyciągnęła przed siebie nogi i czekała na swoją przyjaciółkę. Po chwili Emily usiadła na siedzisku, patrząc przed siebie z wielkim zainteresowaniem. Jej towarzyszka milczała, zastanawiając się w  jaki sposób zacząć rozmowę. Nie pomagały jej w tym cienie zmarłych osób, wałęsających się bez celu po kaplicy.
- Emily? - zagadnęła.
- Tak?- odpowiedziała młoda Rich nieprzytomnie, jakby wybudzono ją z dziwnego transu
- Pamiętasz może naszą rozmowę o śmierci? - zaczęła niebieskooka, a trzynastolatka spojrzała na nią, nic nie rozumiejąc.
- Kiedy? - Zdziwiła się Emily.
- Jak miałam osiem lat, a ty dziewięć - wyszeptała cichutko Raven. Brunetce zaczęło coś świtać.
- Wtedy na placu zabaw? - chciała się upewnić. Jej towarzyszka powoli pokiwała głową.
- Jak myślisz, czy po śmierci wracamy jako duchy? - zapytała niemal bezgłośnie Ellie.
- Pytasz czy wierzę w duchy? Naprawdę? - Dziewczynka spojrzała na przyjaciółkę z namysłem, po czym dodała nadal zamyślona - Uważam, że na świecie istnieją rzeczy, które się filozofom nie śniło, jeśli o to pytasz. Tak, wierzę w zjawy i życie pośmiertne. A ty?
    Nastolatka nie odpowiedziała. Patrzyła tępo przed siebie. Emily zaniepokoiła się.
- Ellie?! Słyszysz mnie? - zapiszczała jak mysz. Jej towarzyszka zabaw wskazała na coś palcem.
-Widzisz tam coś? - zapytała tajemniczo.
- Nie. A co tam jest? - Rich spojrzała z obawą na pokazane przez przyjaciółkę miejsce. Nic tam nie było, oprócz kurzu i kilku kawałków spróchniałego drewna.
- Tam przechadza się niska staruszka, trzymająca za rękę chłopca, niemającego więcej niż siedem lat. Dziecko chowa w dłoni żołnierzyka zrobionego z kasztanów i wykałaczek. Opisywani przeze mnie ludzie ubrani są w dziwne stroje. Kobieta nałożoną ma niecodzienną , szarawą suknię, sięgającą niemal do ziemi. Nie jest ona zbyt drogo zdobiona, więc myślę, że trudniła się jako pokojówka czy kucharka. Młodzieniec zaś nosi prostą,białą koszulę i pasujące do tego spodnie - z każdym kolejnym słowem, oczy Emily robiły się coraz większe.
- Jezu! Ty widzisz duchy! - powiedziała wstrząśnięta. Ellie pokiwała ponuro głową.
- To co teraz? Uciekniesz z krzykiem? Nazwiesz mnie wariatką? - spytała zrezygnowana dwunastolatka.
- Co?! W życiu! Wiesz, jakie to jest odjazdowe? Widzisz zmarłych! Ja cię kręcę! - powiedziała z entuzjazmem Rich.

    Nagle obraz zaczął się zmieniać. Sylwetki dziewczynek zaczęły zanikać, a na ich miejscu pojawiła dużo śnieżnobiała willa. Przed drzwiami wejściowymi stała czarnowłosa dziewczynka z promienną miną.  Zapukała wesoło do drzwi.  Po chwili otworzyła jej sześćdziesięcioletnia pani Snow, zwana przez Emily babcią. Jej głównym obowiązkiem było utrzymanie czystości w domu państwa Rich. Oprócz tej wyżej wymienionej czynności, kobieta zajmowała się wychowaniem córki swoich pracodawców.
- Dzień dobry - zaświergotała dwunastolatka - Jest może Emily? - rzekła pośpiesznie.
    Staruszka uśmiechnęła się smutno.
-Niestety jeszcze nie wróciła do domu. Była na zakupach z rodzicami. Jeśli chcesz możesz na nią poczekać w jej pokoju - to ostatnie zdanie dodała, widząc zawiedzioną minę dziecka. Ellie popatrzyła na pokojówkę niepewnie.
- Chodź kochanie. Napijemy się herbaty - kobieta szerzej uchyliła drzwi, pozwalając by niebieskooka przemknęła się do środka.
- Ty idź na górę, a ja w tym czasie zrobię coś do picia* - zaproponowała pani Snow. Młoda Raven przystała na tą propozycję.
     Szybko pobiegła do sypialni przyjaciółki, mijając przy okazji jej psa Toto. Te nietypowe imię wzięło się stąd, że pierwszymi słowami jakie wypowiedziała młoda Rich było to. Kiedy dostała pieska wołała na niego Toto i jakoś ta nazwa została.
    Po minucie była już w pomieszczeniu, zajmowanym przez przyjaciółkę. Od poprzedniego roku nic się nie zmieniło. Pokój nadal odznaczał się nietypowym błękitno- morskim kolorem ścian i równie dziwacznymi, niepasującymi do wnętrza żółtymi meblami, które zakupiła jej ciotka Rachel dwa lata temu, nie uzgadniając tej decyzji z nikim. Dlatego Emily musiała się gnieździć w tej bardzo nietypowej sypialni.
    Dziewczynka spojrzała na zegar w kształcie delfina, wiszącego nad łóżkiem. Wskazywał dwunastą. Jęknęła i ruszyła do biurka koleżanki. Na blacie znajdowały się różne tytuły książek, niezwiązane ze szkołą.
    Jednak Emily lubi czytać - pomyślała zwycięsko Ellie. Młoda Rich często jej powtarzała, że papier jest przestarzały i dlatego nie cierpi literatury. Nagle zauważyła swoje imię pośród różnych źródeł informacji. Sięgnęła po opisywany przez nią przedmiot.
    To nie jest książka, tylko zeszyt - stwierdziła trzynastolatka - podpisany jest Ellie Raven 22.12,1996r.
    Dziewczyna opuściła z trzaskiem notatnik i cofnęła się.
- Dlaczego Emily ma taki notes? Po co to jej potrzebne? - zastanawiała się dziewczynka. Podniosła twórczość Rich' ówny i przewróciła na pierwszą stronę.

    Ellie Victorie Raven urodziła się 22 grudnia 1996 roku w dzień, kiedy kończy się jesień a zaczyna zima. Może mieć to symboliczne znaczenie. Kruk zwiastuje rychłą śmierć, a przecież zima jest najbardziej srogą ze wszystkich pór roku. Może to ma związek z jej paranormalną mocą, dzięki której widzi duchy? Jeśli to znaczy więcej, niżeli sądzimy? Czy powinniśmy się obawiać obiektu 188? 

    Słucham? Jakiego obiektu?  - dziewczyna nie mogła uwierzyć, w to co widzi. Z każdą kolejną stroną było coraz gorzej. Najwięcej informacji dotyczyło zachowania czarnowłosej. Występowały również analizy prawie każdej rozmowy Ellie z Emily. Niebieskooka spotkała się także z własnym opisem zewnętrznym.
     Z notatek młodej Rich wynikało, że jej dziadkowie specjalizują się w działaniach ponad naturalnych i to właśnie dla nich nastolatka szykuje te dokumenty. Od dziecka chciała do nich dołączyć, mimo wyraźnego protestu ze strony rodziców. Postanowiła, że udowodni swoją wartość, jeśli złapie kogoś paranormalnego.
     Jako dziewięciolatka zaprzyjaźniła się z dziwną Ellie Raven od której wszyscy się odwracali. Z biegiem lat zdobyła nie tylko zaufanie tej głupiutkiej, zakompleksionej dziewczynki ale i potrzebną wiedzę.
    Po policzku czternastolatki popłynęła łza. Nie czuła nic. Była pusta jakby składała się z cienkiej powłoki. Patrzyła tępo przed siebie. Powinna być wściekła. Powinna krzyczeć jak opętana ale nie...
    Szybkim ruchem wyszła z pokoju, zabierając ze sobą i książeczkę, i wszystkie bolesne wspomnienia. Nie pożegnała się z panią Snow. Po prostu wyszła cichutko płacząc.
    Do domu dotarła w niecałe pięć minut. Z nikim nie rozmawiała w drodze do sypialni. Gdy przybyła na miejsce, od razu rzuciła się na łóżko. W tym momencie zrozumiała coś, czego wcześniej nie pojmowała. Nigdy nie miała domu, wiernych przyjaciół, szczęśliwej rodziny - to wszystko było tylko złudzeniem.  W tej chwili poczuła się bardziej samotna niżeliby kiedykolwiek wcześniej.

    Moje rozmyślania przerwał dzwonek informujący,że czas zajęć dobiegł końca. Sprawnie spakowałam wszelakie przybory do plecaka i ruszyłam do kolejnej sali lekcyjnej. Po drodze musiało się coś zdarzyć, no po prostu musiało - pomyślałam, słysząc krzyki z damskiej toalety. Powoli uchyliłam drzwi. To co ujrzałam przerosło moje oczekiwania.
    W pomieszczeniu znajdowała się grupa chłopaków z mojej klasy, składająca się z pięciu osób. Najmasywniejszy i najgłupszy z nich był szefem bandy. Nazywał się John Fig , ale zwracając się do niego, zamieniałam pierwszą literkę na p. Te bezmózgie osobniki stały wokół jakiejś dziewczyny z młodszej klasy. Byłam zła. Gorzej rozpierała mnie furia. Po ubraniu blondynki nie trudno było się domyślić, co chcieli zrobić.
    Na szczęście mnie nie zauważyli. Zaczęli głośno przeklinać i dyskutować o tym, co zrobią później z kobietą. Wyszło na jaw, że nastolatka zerwała z jednym z nich, po tym jak ją pobił. Pochwyciłam przerażone spojrzenie dziewczyny. Każda normalna osoba uciekłaby stąd i pobiegła po pomoc. Ale nie ja...  Widząc zagubiony wzrok uczennicy, przypomniałam sobie swoją bezsilność kilka lat temu. Moją bezsilność. Moją złość. Mój płacz.
    Nie czekając na dalszy obrót spraw, wyszłam z cienia i uderzyłam przywódce bandy prosto w nos. Wiedziałam, że jeśli znokautuje się grupowego, to reszta nie będzie wiedziała co zrobić. Tak również się stało. Kretyni, widząc jak ich szef upada na podłogę, szybko uciekli, gdzie pieprz rośnie.
- Debile - szepnęłam pod nosem. Pode mną wił się z bólu pan świnia, krzycząc, że umiera. Po chwili usłyszałam kroki. Syknęłam do przerażonej dziewczyny.
-Schowaj się - nastolatka ani drgnęła - No już - popędziłam ją.
     Niebieskooka po chwili wahania weszła do kabiny. W tym momencie do pomieszczenia wszedł zszokowany nauczyciel biologii. Widok wyjącego się na ziemi dwumetrowego chłopaka i umazanej krwią nastolatki nie wyglądał zbyt zachęcająco. Natychmiast kazał przypadkowemu uczniowi iść po dyrektora
- Moja droga, co masz mi do powiedzenia? - zapytał chłodno, patrząc na pobojowisko.
    Bez zastanowienia odpowiedziałam.
- Bo to jest toaleta dla kobiet - wyszeptałam, spuszczając wzrok.
    I tak oto zastali nas nauczyciele. Oczywiście, nie upiekło mi się. Przez godzinę próbowałam udowodnić, że John z premedytacją wszedł do damskiego wychodka, aby zabawić się jakąś bezsilną panienką. Ale to jak rzucać perły przez wieprze, poświęcasz komuś swój cenny czas, a on i tak nie potrafi tego docenić.
    Czeka mnie wspaniała rozmowa z mamą - pomyślałam, niosąc ze sobą pisemne wezwanie do dyrektora. Nie dość, że mam tyle kłopotów to jeszcze muszę się martwić cholerną szkołą. No po prostu żyć, nie umierać.
* Jezu... Czy tylko dla mnie ta scena jest nieco... dziwna? Tak idź do pokoju moich pracodawców, ja w tym czasie pójdę do kuchni po nóż, aby cię nim zamordować. Mój mózg jest bardzo... nietypowy. 
 
 http://www.youtube.com/watch?v=mIU8l_qPzAQ 

     Brakuję mi tylko starego księdza pedofila. To nie moja wina. To dziecko mnie podkusiło... To czciciel szatana... Tam, tam, tam, taaamm. Jeśli twoje dziecko czyta Harrego Pottera, to wiedz, że coś się dzieje.

A tak poza tym...

Zostałam nominowana do Liebster Awards.
Notatka powinna pojawić się za kilka dni , a póki co...
Chciałam was o coś zapytać.
Mianowicie na liście pojawiło się pytanie
" Która klasa?"
Dlatego chciałabym wiedzieć, na ile mnie oceniacie.
Ciekawi mnie, czy zgadniecie, ile mam lat.
 
Odpowiedzi zostawcie w komentarzu.
 
 
 

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Rozdział czwarty - Kawa, czary i koszmary

Hejo Miśki. 
 
Mówiłam (czytaj: pisałam) o tym, że nienawidzę szkoły?

Czyste zło!

Czy tylko mnie tak nauczyciele gnębią? 

Ehh...  Rozdział taki sobie. 
Tylko tyle potrafiłam wykrzesać z mojego pożartego i wyplutego mózgu.
Ale i tak mam nadzieję, że będzie się Wam podobał. 

Tą notkę dedykuję żulom z pod ławeczki, którzy nazwali mnie szatanem... 
A później zaprosili mnie, abym się do nich przysiadła.
O.o
Nie wspomnę o tym, że wczoraj składali mi życzenia.
Wtf?
Ślicznej rączki? Serious?

Okej, nie przedłużam...

Zapraszam do czytania.


Rozdział czwarty - Kawa, czary i koszmary

     Biegłam przez ciemny las. Zewsząd słyszałam krzyki ludzi, błagających o szybką śmierć. Wiedzieli , że każdy z nich umrze. Byli ofiarami. Pośród gąszczu rozbrzmiewał płacz kobiet , rozrywanych na strzępy i głosy mężczyzn, broniących ich ostatkiem sił przed drapieżnikami.
    Mijałam drzewa i krzewy poplamione zakrzepłą krwią,  mieniącą się w promieniach księżyca.  Zachwiałam się. Byłam zmęczona tym ciągłym uciekaniem, ale nie mogłam się poddać. Muszę biec dalej. Od tego miejsca. Od umierających ludzi. Od nich.
    Nagle coś we mnie uderzyło. Nie fizycznego, ale mentalnego. Poczułam palący ból w klatce piersiowej. Jakby ktoś wbił mi nóż w serce. Krzyknęłam przerażona, a zarazem zaskoczona.
    Chciałam się zatrzymać. Odpocząć od tych wszystkich wydarzeń,które dzisiaj miały miejsce. Ale wiedziałam także , że muszę być twarda. To jeszcze nie koniec. Nie mój. Powinnam przezwyciężyć wszystkie pokusy, które aktualnie mnie gnębiły. Parłam do przodu, starając się nie myśleć o swoich lękach. Rana nadal paliła żywym ogniem, a z każdym kolejnym krokiem czułam jak słabnę.
    Nagle zgięłam się wpół. Krew, lęk, ból... Szumiało mi w uszach... Krew, lęk, ból - rozbrzmiewało w mojej czaszce. Wydałam z siebie agonalny jęk. Chciałam umrzeć. Mimo, że zostawiłam cały horror za sobą, ale i tak zapamiętałam wszystkie szczegóły.
    Bestie, potwory - a ja jestem jednym z nich. Przecież zostawiłam te wszystkie rodziny na pastwę tych stworów.  A przecież mogłam coś zrobić. Cokolwiek. Teraz jest już za późno. Chciałam wyć jak ranne zwierze, ale wiedziałam, że to nie przywróci życia tym wszystkim, niewinnym ludziom.
    Biegłam, chociaż miałam pewność, że ich zgubiłam. Chciałam zapomnieć... Zapomnieć...   Zadrżałam.
    Chciałabym teraz zasnąć i nigdy się nie wybudzić. To byłaby z pewnością lekka śmierć. Dla dobrych ludzi. Nie dla mnie... Już nie...
    Nagle coś wyskoczyło zza drzew. Nie zauważyłam, kiedy on się zakradł.  Widziałam szczupłą, a zarazem wysoką sylwetkę mojego prześladowcy. Wydaje się to śmieszne, że jedna z najstraszniejszych istot, jakie widziałam, wygląda tak niepozornie.
     Zatrzymałam się, po czym odetchnęłam ciężko. Wiedziałam bowiem, że przegrałam.
 **

    Obudziłam się w nocy zlana potem. Szybko włączyłam lampkę nocną. Rozejrzałam się przestraszona po pokoju. Westchnęłam z ulgą. Rozpoznawałam wiecznie zagracony pokój, z ciemnofioletowymi ścianami i czarnym dywanem.
    Co to do cholery było? Przecież nie oglądałam żadnych horrorów przed snem -pomyślałam. Przełknęłam ślinę.
 -To tylko koszmar... Nic nie znaczący sen... Tak, to na pewno nic ważnego... - starałam się uspokoić.
    Możecie uznać mnie za paranoiczkę, ale miałam wrażenie, że to jeszcze nie koniec. Nie. To dopiero początek góry lodowej.
    Co do jednego byłam pewna, dzisiaj już nie zasnę. Postanowiłam pójść do kuchni  i wypić kawę. Musiałam jakoś przeczekać noc, co nie było łatwe, ponieważ ledwo trzymałam się na nogach.
    Ruszyłam do przedpokoju. Każde stukanie, skrzypienie drewna czy kapanie straszyło mnie na nowo.  Myślicie zapewne teraz, że jestem wielkim tchórzem, ale wy na moim miejscu nie zachowalibyście się lepiej. Po tak realistycznym śnie, każdy ma prawo zwariować.
    Weszłam do pomieszczenia, gdzie przeważnie robię posiłki. Wyjęłam z lodówki mleko, a z szafki kawę. Szukałam przez chwilę cukru, ponieważ nie pamiętałam miejsca jego pobytu. Uśmiechnęłam się. Plan wyjęty niczym z telenoweli. Tylko główna bohaterka się nie zgadza. Powinna to być wysoka, opalona blondynka, przyciągająca uwagę każdego mężczyzny, a nie... No cóż... ja.
    Po zaparzeniu i posłodzeniu napoju, udałam się do salonu. Postanowiłam pooglądać sobie telewizję. Wzięłam pilot do ręki i zaczęłam przewijać kanały. Nie było nic takiego, co by mnie zainteresowało. Nagle wśród programów zauważyłam serial Łowcy duchów. Ciekawie się zaczyna. Może się czegoś dowiem. A jeśli nie, to przynajmniej się trochę pośmieję.
    Po godzinie bezczynnego ślęczenia przed ekranem, poczułam przemożną potrzebę powrotu do swojego pokoju. Szłam powoli, nie chcąc obudzić Mary, której pomieszczenie sąsiadowało z moim.
    To co zobaczyłam w należącej do mnie sypialni, spełniło moje najgorsze wyobrażenia. Zamknęłam oczy..  Błagam nie... Tylko nie to...  - pomyślałam z rosnącym przerażeniem. Uchyliłam powieki. Wiem, jestem strasznie naiwna. Oczywiście,że nic się nie zmieniło idiotko.  Co sobie myślisz? Uważasz, że to tylko halucynację? Dobre sobie...  Czekaj no... Czy ja rozmawiam sama ze sobą?  Okeeej, może najwyższy czas udać się do specjalisty? Ehhh... Zakończę tę bezsensowną dyskusję i opowiem, co działo się w moim pokoju. To bardziej interesujące niż moje wywody.
     Mogę zacząć od tego, że wokół mnie walało się całe badziewie, które skolekcjonowałam w ciągu mojego życia. Nie, wróć... Nie walało się... Lewitowało.  Wszystkie przedmioty skupiały się, tworząc niebezpieczną wichurę, mogącą w każdej chwili mnie zabić.  Rzeczy te kręciły się, niczym planety okrążające Słońce. Centrum tej zawieruchy tworzył jakiś jasny punkt, promieniujący światłem we wszystkie strony i oświetlając całe pomieszczenie. Nie mogłam zbyt długo na niego patrzeć, ponieważ strasznie raził mnie w oczy. Podobnie jak słońce, z tą różnicą, że obserwowany przeze mnie obiekt świecił srebrzystobiałym światłem.
- Ałć - powiedziałam, gdy książka do biologii uderzyła w półkę, przewracając ją.
    Czy ja dalej śnię? Czyżbym nie wybudziła się z poprzedniego koszmaru? Okej, widzę duchy. To dla mnie nic nadzwyczajnego uciąć sobie pogawędkę z umarlakiem. Można by powiedzieć, że to moje... Jakby to ująć... hobby.  Ale latające w okół mnie lampy, książki i figurki nie są już zabawne. Co ja takiego zrobiłam, że każecie mnie na taki los? Przecież nie jestem taka zła. Chyba nie?  Em... Uznajmy, że nie było tego pytania.
    Postanowiłam coś zrobić.  Przecież to światło zaraz obudzi Mary. Wtedy dopiero zaczęłaby się jazda. Na pewno wysłała by mnie do wariatkowa albo, co bardziej prawdopodobne do egzorcysty. Może nakręcą o mnie film? To byłoby zaskakujące. Ciekawe, kto by mnie zagrał? 
    Dobra, koniec tego przeciągania. Trzeba coś zrobić z tym '' nietypowym'' problemem.Wymyśliłam szaloną strategię, która miała małą szansę na powodzenie. Ale jak to mówią? Do odważnych świat należy.
    Myślę, że domyślacie się ,co zamierzam zrobić. Tak jestem głupia, ale zabić mnie to możecie dopiero później. Oczywiście jeśli przeżyję...
    Moim planem było dostanie się do kuli energii i zniszczenie jej. Łatwo mówić, trudno zrobić. Ruszyłam powoli do mojej zagładzie.
    I tu czekało mnie zaskoczenie. Gdy tylko zaczęłam się  zbliżać do świecącego się obiektu, wszystkie otaczające mnie przedmioty wróciły na miejsce jak zaczarowane. Cóż, przynajmniej nie będę musiała sprzątać. Jednakże srebrzystobiała energia nadal tkwiła w miejscu, napawając mnie lękiem, ale i podnieceniem.
    Byłam o krok od opisywanego ode mnie zjawiska. Odetchnęłam głęboko. Policzyłam także do dziesięciu, po czym wyciągnęłam dłoń.
    Złapałam świecący przedmiot prawą ręką. Poczułam jak czysta energia przepływa z tej rzeczy do mnie, nieprzerywającym się strumieniem. Nie wiem jak to opisać... Dzięki temu, miałam wrażenie, że mogę dosłownie góry przenosić.  Przedmiot, który ściskałam w ręce był gorący, mimo tego nie czułam bólu. Miałam przeczucie, że uwolniona energia jest częścią mnie samej. Niesamowite. Lecz jak to mówią - łatwo przyszło, łatwo poszło. To idealnie pasuje do tej sytuacji. Blask, który przed chwilą rozjaśniał cały pokój, nagle zgasł zostawiając za sobą tylko mrok. 
    Odetchnęłam, po czym otworzyłam prawą dłoń.  Nie powiem, osłupiałam. Nie spodziewałam się tego tu zobaczyć.
    W mojej ręce leżał bowiem naszyjnik, wręczony mi przez tajemniczego nieznajomego. To on miał w sobie tyle energii - pomyślałam, będąc jeszcze w szoku. Dotknęłam go palcem. Był nadal ciepły. I piękny.
    Nagle do pokoju wpadła Mary z rozeźloną miną.
-Co to za hałasy? Spać mi nie dajesz! Wiesz, która jest godzina?! - krzyknęła wściekła.
- Sama teraz krzyczysz - stwierdziłam spokojnie z miną pokerzysty. Co jak co, ale to mam wytrenowane do perfekcji.
- Możesz mi chociaż powiedzieć, dlaczego się darłaś jak opętana? - powiedziała z jadem w głosie.
- Ja? Pierwsze słyszę... Może masz omamy? - odparowałam, patrząc jej w oczy i symulując troskę.
- Eeee... - zacięła się, nie mogąc wykrztusić ani słowa więcej. Następnie spojrzała na mnie chłodno i wyszła z pokoju.
    Odetchnęłam. Miałam chwilę odpoczynku. Od niej. Od tego całego dziwnego świata, do którego, o dziwo, miałam dostęp.
    Podniosłam naszyjnik, który przedtem specjalnie upuściłam, po czym założyłam go na szyję. Miałam przeczucie, że nie powinnam się z nim rozstawać . Teraz, dzięki dzisiejszym wydarzeniom, zrozumiałam, że nie tylko ja go potrzebuję... Ta więź jest obustronna.
    Podeszłam do okna , myśląc o moim życiu, o ciągłych kłótniach z Mary i wiecznej samotności.Po policzku popłynęła mi łza, której nawet nie próbowałam zetrzeć.  Siedziałam teraz na parapecie, oglądając pełnię księżyca.



Mały bonusik!!!

Lubi ktoś z was pisać wiersze?

Ja sama miałam okres, w którym je pisałam.
(Czytaj : W tamtym roku) .

Oto jeden z nich :


Gra Pozorów

Czarne jak węgiel pióro magiczne,
w starym kałamarzu lekko zamoczone.
Maluje słowa cierpieniem przesycone,
I z żalem oddaje je cisze.
Gniew dawniej nieustający,
dziś powoli dogasa.
Znika wszelka niechęć blizny zostawiająca,
a jej miejsce zajmuje troska.
Czym jest nienawiść w obliczu tragedii?
To nic nieznacząca gra pozorów.
 

16.11.2013



Jak wam się podoba? Opowiadanie i wierszyk?
Błędów jest prawdopodobnie dużo, ale nie mam siły ich poprawić. 
Jeśli coś wyłapaliście, to proszę o opierdzielenie mnie w komentarzu.

Pozdrawiam Serdecznie 
EmoDziewka


Ps.
Dziękuję użytkowniczce Mad za udzieloną mi pomoc.
Dzięki niej macie zakładki Spam i Polecane.
O szablonie już nie wspomnę.
Dziękuję kochana i życzę zdrowia.

niedziela, 5 stycznia 2014

Rozdział trzeci - Pizza, liścik i pudełeczko.

Cześć miśki!
 
Rozdział jest wcześniej niż zamierzałam, a to wszystko przez moją słabą wolę.
 
Ehhh...  Tę notkę dedykuję Mad. Dziękuję kochana za wszelakie rady, dotyczące bloga. Bez twojej pomocy zginęłabym marnie...
 
Pozdrawiam także użytkowniczki Poison i Martyna B.
Wasze komentarze dają mi motywację do pisania.
 
 
To już tyle tych ogłoszeń parafialnych.
 
Zapraszam wszystkich do czytania.
 

 

Rozdział trzeci - Pizza, liścik i pudełeczko.

 

 

     Okej, sprawdźmy co dzisiaj zrobiliśmy (a dokładniej ja zrobiłam). Hm... Najpierw pomogłam duchowi porozmawiać z wnukiem. Przekazałam jego ostatnią wolę, przyprawiłam go prawie o zawał, a dzieciaka śmiertelnie przeraziłam. Po tym niewiarygodnie zacnym uczynku, wróciłam do domu, gdzie spotkałam się z dziwakiem, poruszającym się szybciej niż normalny człowiek. Milordzie, nadzwyczajnie produktywny dzień. Zasługujesz na swoją długo wyczekiwaną pizzę wegetariańską. Ej a gdzie jest ten dziadowski dostawca? Minęło już regulaminowe trzydzieści minut.
     Jakby czytając mi w myślach, ktoś zapukał do drzwi. Tym razem zerknęłam przez wizjer, zanim otworzyłam. To była tylko formalność, ponieważ wiedziałam, że obcy nie zawita ponownie do mojego domu. Przynajmniej nie teraz. Prawdopodobnie musi dojść do siebie po spotkaniu ze mną. Nie, żebym się mu dziwiła. Też nie chciałabym poznać takiej osoby jak ja.
     Uśmiechnęłam się do dostawcy, a ten oblał się rumieńcem. Był to wysoki, pryszczaty rudzielec, mający bladozieloną barwę oczu. Mógł mieć co najwyżej dwadzieścia jeden lat.
- Ppp... Pani pizza - wyjąkał przestraszony, podając mi jeszcze ciepłe pudełko. Prawie je wypuściłam, ponieważ chłopak nagle się odwrócił, aby się wymknąć. Hej, przecież nie jestem taka przerażająca. No, chyba nie...
- A co z pieniędzmi za towar? - zapytałam uprzejmie, przybierając potulny ton. Nie chciałam go jeszcze bardziej rozemocjonować.
- Nie trzeba - powiedział ostro, po czym widząc moją zadziwioną minę, dodał już spokojnie - Zapłacone.
     Spojrzałam przez ramię na zegar. Możliwe, że mama, wracając do domu, spotkała na klatce doręczyciela i przekazała mu pieniądze. Może przypomniała sobie, że lodówka jest pusta i poszła do sklepu zrobić zakupy?
     A wracając do naszego rudego towarzysza... Czyżbym się pomyliła? Może nie jest takim mięczakiem za jakiego go uważałam? Nagle ktoś z góry zatrzasnął drzwi. Chłopak podskoczył przestraszony. Okej, nie było tematu. To najzwyklejszy tchórz.
- A ty na co czekasz? - zaciekawiona czekałam na reakcję młodzieńca. Nie zawiodłam się. Zrobił się czerwony jak burak i zaczął jąkać jakieś przeprosiny, a następnie biegiem zszedł ze schodów.
     Cicho się zaśmiałam, po czym pokręciłam głową z rozbawieniem. No cóż, tak tchórzliwej osoby dawno nie spotkałam. Weszłam do mieszkania z pachnącą i jeszcze ciepłą pizzą. Położyłam pudełko na stoliku w salonie, a potem rzuciłam się na kanapę. Z niecierpliwością otworzyłam opakowanie, w którym teoretycznie powinien znajdować się mój posiłek.
     Szkoda, że nie widzieliście mojej miny, kiedy zauważyłam, że do pizzy nie dołączono keczupu. A niech was wszystkich sczyści* - przeklęłam w myślach wszystkie żerujące na klientach zakłady przemysłowe.
     Byłam taka zła, że nie zauważyłam dołączonego do opakowania liściku, pod którym zauważyłam znajome mi małe pudełeczko. To nie mama zapłaciła za tą pizzę. To on.
     Szybko rozprostowałam w rękach list i zaczęłam zachłannie czytać. Nie dziwcie mi się... Na moim miejscu zrobilibyście tak samo. Nawet nie udawajcie, że nie. Przejrzałam szybko tekst wzrokiem, potem kolejny raz i kolejny, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.

 
Droga Ellie!
(czytaj: zmoro mego życia)
Gdy wychodziłem z budynku, zauważyłem tego chłopca z jedzeniem. Z tego co wiem, tylko ty potrafisz kupić taką ohydną pizzę. Wegetariańska? Serio? Nawet ja mam lepszy gust w kwestii posiłków. Przypomniałem sobie , że powinienem Ci coś dać. Ty nawet wiesz co. Zawartość tego pudełeczka jest bardzo ważna. Noś to zawsze ze sobą. Wszędzie. Chodzi tu o Twoje bezpieczeństwo. Możesz mi nie ufać, ale ten jeden, jedyny raz mnie posłuchaj.
 
Twój nowy przyjaciel
 
     Zdenerwowałam się. O co wam wszystkim chodzi? Najpierw zaczynają mnie nachodzić duchy, a teraz obcy ludzie wysyłają mi listy i paczki. Świat staje na głowie...
     Postanowiłam zastosować się do rady nieznajomego. Nie wiem dlaczego. Może po prostu jestem głupia. Nawet nie znam jego imienia, a już wykonuję, wydane przez niego polecenia - pomyślałam.
     Delikatnie dotknęłam czarnego pudełeczka. Obchodziłam się z nim tak ostrożnie, jakbym miała przed sobą co najmniej bombę jądrową. Powoli uchyliłam górną część paczuszki, tylko po to, aby natychniast jęknąć z zachwytu. Mimo, że nie byłam wielką miłośniczką biżuterii ( Nie miejcie do mnie o to żalu! Przecież mówiłam, że nie jestem ideałem kobiecości), ale nawet ja musiałam przyznać, że prezent był przepiękny.
      Z nabożną czcią wyciągnęłam naszyjnik z opakowania. Na cienkim, przypominającym pajęczynę łańcuszku, zawieszony był kamień wielkości kurzego jaja. Zachwycała mnie sama barwa klejnotu. Ciemny niebieski łączył się z czernią. Ale nie to mnie najbardziej urzekło. Wewnątrz kamienia znajdowała się malutka, pięknie wyrzeźbiona róża, która wyglądała jak żywa. Co dziwne, od kwiatu bił wewnętrzy blask, rozświetlając cały klejnot, dzięki czemu wyglądał jakby był wykonany z samej energii. Co dziwne wisiorek swoją konsystencją i barwą przypominał ciemne szkło.
     Patrzyłam jak urzeczona na złote światło, pochodzące od czerwonej jak krew róży. Zmieniałam położenie klejnotu, patrząc na zmieniające się pod wpływem słońca refleksy światła. Po kilku minutowej zabawie, założyłam naszyjnik na szyję. Z pewną ulgą przyjęłam ciężar wisiorka. Mimo, że miałam ten przedmiot od niecałej godziny, poczułam się z nim dziwnie związana. Jakbym po długim rozstaniu spotkała starego przyjaciela.
     Oczywiście, tę magiczną chwilę musiała przerwać mama, wchodząca zmęczona do mieszkania.
- Ellie, jesteś tu? - zapytała głośno. Szybko schowałam naszyjnik pod bluzką. Jakoś nie chciałam się z nią dzielić tą tajemnicą.
- Tak - odpowiedziałam krótko, po czym dodałam - A kto by mógł tu być, oprócz mnie?
     Weszła ciężko do salonu. Usiadła na fotelu. Nie uszło mojej uwadze, że nie odpowiedziała na zadane przeze mnie pytanie.
- Widzę, że zamówiłaś pizzę - powiedziała ze skruchą. Najwyraźniej przypomniała sobie, że to była jej kolej robienia zakupów.
- Oh, tak. Częstuj się. Ja jakoś straciłam apetyt - odrzekłam.
     Dzięki dzisiejszym wydarzeniom, całkowicie zapomniałam o głodzie. Zapanowało milczenie.
- To ja pójdę do siebie - powiedziałam, widząc rodzącą się między nami ciszę.
     Mama pokiwała głową, na znak, że rozumie. Wstałam z sofy, aby chwilę później wyjść z pokoju. Przy drzwiach zawahałam się, po czym je zamknęłam.
Niech Mary ma chwilę spokoju. Należy jej się... Ciężko mi to przyznać, ale to prawda. Od kilku tego dni ciężko pracuje, a do tego dochodzi jeszcze jeden problem.
     U Sarah - najlepszej przyjacióki, a zarazem siostry mamy wykryto raka. Było mi jej żal. Przecież miała tylko trzydzieści lat i całe życie przed sobą.
     Ruszyłam do mojej sypialni, zastanawiając się nad losem Sarah. Miałam nadzieję, że przeżyje. Każdy powiniem mieć szanse na lepszy byt.
     Zmęczona od razu wskoczyłam do łóżka. Nawet nie zauważyłam, kiedy zasnęłam.



* - Moja ulubiona groźba <3 .

 
Dzisiejsza notka jest dosyć nudna, ale ważna w tej historii.
Bardzo przepraszam za wszelakie błędy pojawiające się w opowiadaniu.
Idealną polonistą to ja nie jestem...
 
 


 

 




czwartek, 2 stycznia 2014

Rozdział drugi - Tajemniczy nieznajomy

Witam wszystkich czytelników.
Rozdział miał się pojawić za kilka dni,
ale jak widać jest już dzisiaj.
Od razu przepraszam za wszelakie błędy pojawiające się w opowiadaniu.
Nie przedłużając...
Zapraszam do czytania.
Rozdział drugi - Tajemniczy nieznajomy
     Prawdopodobnie myślicie teraz, że jestem wredna. To nie prawda. Po prostu.. No dobra, bywam złośliwa, jednakże istnieją osoby gorsze ode mnie. Nie chodzi mi o typowych gangsterów, których każdy się boi. Oni przynajmniej są szczerzy. Traktują siebie nawzajem jak śmieci, ale są lojalni. Większość. Inne cechy reprezentują ludzie z naszego środowiska. Może jeszcze tego nie rozumiecie, więc podam wam przykład.
     Istnieją dwie przyjaciółki, prawie siostry. Pewnego dnia wybierają się na zakupy. Chcą kupić sukienki na zabawę. Jaką? Nie wnikam. Ale znając życie i teraźniejsze imprezy, nie obędzie się bez alkoholu. Ale wracając do opowieści... Kobiety długo chodzą po centrum handlowym, szukając odpowiedniej kreacji. Mimo sporej ilości czasu i gotówki, nie mogą nic ciekawego znaleźć. W pewnym momencie dostrzegają suknię swoich marzeń. Mniejsza i zwinniejsza z dziewczyn, od razu kupuje ten strój, nie licząc się ze zdaniem towarzyszki. Ta stoi w milczeniu, sztyletując w myślach przyjaciółkę. Postanawia się zemścić. Na dyskotece specjalnie wylewa napój na ubranie koleżanki, niszcząc je.
      Jak teraz myślicie? Czyja to będzie wina ? Odmieńcy nas odpychają, ale ich zamiary są jasne. Dlatego też nigdy nie wiemy, komu możemy zaufać. Życie jest zbyt nieprzewidywalne. Mój wywód tłumaczy, dlaczego nie posiadam przyjaciół. Nie zniosłabym zdrady. Hm... Może powinnam kupić sobie psa?
      Chodziłam po parku, zastanawiając się jak wyglądałaby moja egzystencja w innej rodzinie. Pełnej... Wyobrażałam sobie śpiewanie kolęd podczas świąt Bożego Narodzenia i jedzenie wigilijnych potraw w gronie najbliższych. Wiedziałam, że nie jestem w najgorszej sytuacji. W głębi serca, współczuję tym wszystkim sierotom, spędzającym czas w domu dziecka. Może mama mnie nie kocha, ale przynajmniej mam dach nad głową.
     Z umysłem pełnym myśli, wróciłam do mieszkania. Mojej rodzicielki jeszcze nie było. Spojrzałam na zegar. Było dziesięć po czwartej. Należałoby coś zjeść.
     Otworzyłam lodówkę... Jęknęłam. Mama zapomniała zrobić zakupy. Znowu? Kolejny raz w tygodniu? Z westchnieniem zaczęłam przeszukiwać kuchenne półki.
- Musi tu coś być - mruknęłam pod nosem, przetrząsając szuflady.
     Gdy nic nie znalazłam, postanowiłam zamówić pizze. Wzięłam do ręki ulotkę, którą przyniosłam do domu tydzień wcześniej. Aktualnie leżała w moim pokoju, na biurku. Przezorny zawsze ubezpieczony- powiedziałby ktoś.     
     Kartkę tę dostałam od znudzonego nastolatka, który prawdopodobnie zbierał pieniądze na jakąś grę komputerową. Skąd to wiem? Po zachowaniu chłopaka. Na pierwszy rzut oka widać było, że nie interesuje się tym, jak wygląda. W ręce trzymał nowy telefon komórkowy. Podczas gdy nie rozdawał ulotek, to majstrował przy tym urządzeniu.
     Dzisiaj miałam ochotę na pizze bez mięsa. Nie jestem oczywiście wegetarianką ani jaroszką. Po prostu taki był mój kaprys. Miły głos w słuchawce oznajmił, że zamówiony produkt będzie za około trzydzieści minut.
     Rozłożyłam się na sofie w salonie i czekałam. Nie upłynęło pięć minut, a ktoś zapukał do drzwi. Zdziwiłam się. Czyżby dostawca przybył tak szybko?
     Bez wahania otworzyłam drzwi. Wiem, że zrobiłam błąd. Powinnam spojrzeć przez wizjer i sprawdzić, kto się dobija do mieszkania. No już... Nie krzyczcie na mnie.
     Kiedy otworzyłam wejściowe, zdębiałam. Przede mną stał wysoki mężczyzna, mający około trzydziestu lat. Wiele kobiet uznałoby go za niesamowicie przystojnego. Wydał mi się odrobinę mroczny ze swoimi czarnymi jak noc oczami, które przenikały moją duszę. Jego twarz okalały równie ciemne włosy, sięgające o dziwo, do ramion.
- Dzień dobry - powiedział cicho nieznajomy, uśmiechając się lekko.
- Do widzenia - odrzekłam, szybko zatrzaskując drzwi. Mistrzyni taktu- oto cała ja.
     Przecież nie zgłupiałam na tyle, aby zapraszać do środka zupełnie obce osoby. Dobra, przyznaje. Byłam ciekawa, po co przyszedł. Ale nie więcej... Choć raz będę mądra.
     Wytrzymałam jeszcze dziesięć sekund, po czym otworzyłam przejście. Możecie mnie zabić. Wiem... Ale i tak wybieram się do piekła, to czemu nie...
- Właź do środka i bez gadania- rozkazałam zaskoczonemu przybyszowi, a następnie wróciłam się do salonu.
     Rozsiadłam się wygodnie na sofie i wypatrywałam bruneta. Jak widać nasz nowy znajomy strasznie się wlecze - pomyślałam. Na (nie?)szczęście wspomniany właśnie osobnik płci męskiej, przekroczył próg pokoju, po czym skierował się stronę fotela, stojącego w bliskiej odległości od sofy. W ten sposób siedzieliśmy naprzeciwko siebie, oddzieleni tylko małym stolikiem.
     Wpatrywaliśmy się w siebie w milczeniu. Czekałam, aż coś powie. Choćby jedno słowo. Po pięciu minutach zorientowałam się , że nic z tego. Postanowiłam zacząć rozmowę.
- No? Przyszedłeś, żeby się na mnie pogapić? Zrobię zdjęcie. Będziesz miał na dłużej - tak jak mówiłam, jestem dosyć specyficzną... kobietą. (?!)
- A co mam robić, skoro zabroniłaś mi się odzywać?- odgryzł się. Jak widać, ma charakterek.
     Zastanowiłam się. Rzeczywiście, było coś takiego. Szyderczy uśmiech nieznajomego utwierdził mnie w tym przekonaniu.
- A ty co? Nie masz mózgu? Zawsze robisz, co ci każą? - wyszczerzyłam się wrednie - Wow! Wow! Dobry piesek.. Dobry...
     Twarz mojego towarzysza stała się czerwona. Najwyraźniej nikt się tak do niego nie odzywał. No cóż, wszystkiego trzeba w życiu spróbować.
- Wybaczam ci tylko dlatego, że nic nie wiesz... - wycedził przez zęby.
- A co mam wiedzieć?- teraz na serio się zainteresowałam. Mężczyzna, widząc to zrelaksował się.
     Zaczął grzebać w kieszeniach garnituru (swoją drogą, wyglądał tak, jakby wybierał się na pogrzeb) i wyciągnął małe pudełeczko. Skojarzyło mi się to tylko z jednym.
- Chcesz mi się oświadczyć? Jakie to słoodkie - powiedziałam, przeciągając ostatni wyraz. Popatrzył na mnie groźnie znad stolika.
- Powinienem cię zabić - rzekł powoli, akcentując każde słowo.
- A no, powinieneś- widząc jego zagubioną minę, wybuchnęłam śmiechem. Nie moja wina, że gość mnie rozśmieszał, prawda?
- Czy ty sobie ze mnie drwisz? - zapytał, imitując wkurzonego rodzica, wracającego z wywiadówki. - Nie... No może troszkę... - przyznałam się.
Zmarszczył brwi, prawdopodobnie, nie wiedząc czy ma się śmiać, czy płakać.
- Wiesz, że mógłbym cię w każdej chwili zabić? - rzekł powoli, ważąc wypowiedziane przez siebie słowa. - Yep - odparłam błyskotliwie.
- Czy z tobą jest wszystko w porządku?
- Yep. Przynajmniej tak powiedział mi lekarz. Yhmm... Zanim nie wyrzucił mnie z gabinetu - odpowiedziałam, a zaraz dodałam, widząc jego pytające spojrzenie - Historia na inną okazję.
- Nie boisz się śmierci? - zapytał poważnie.
- Nieee. Można powiedzieć, że mam z nią na pieńku - uśmiechnęłam się, słysząc jego tubalny śmiech. Przecież nie kłamałam. W jakimś celu widzę te przeklęte duchy, choć starałam się o tym nie myśleć.
- Jeszcze nigdy... Nie spotkałem... Takiej... Osoby... Jak... Ty - wykrztusił między napadami głupawki. Poczekałam chwilę, aż się uspokoi.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego mnie odwiedziłeś? - zapytałam grzecznie, mając nadzieję, że odpowie. Póki co, nic się o nim nie dowiedziałam.
     Momentalnie spoważniał, przypominając sobie cel tej wizyty. Zdziwiłam się, widząc jego reakcje na moje niewinne pytanie. Spojrzał na zegarek, który miał na ręce.
- Zbyt dużo czasu zmarnowaliśmy - odrzekł i zaczął się podnosić.
- Ej ty! Nie wyjdziesz, póki czegoś się nie dowiem - rozkazałam, udając nauczyciela, prowadzącego lekcję.
     Nie posłuchał. Stał właśnie w wejściowych drzwiach. Był niewiarygodnie szybki. Nie zdążyłam nawet wstać z sofy, a on już wychodził.
     Zanim mnie opuścił, usłyszałam wypowiedziane przez niego słowa. Cichy szept. Nie wiem dlaczego, ale te wyrazy coś we mnie poruszyły. Coś dziwnego i nienormalnego.
- Niektóre psy potrafią zerwać się ze smyczy - powtórzyłam za nim jak echo.


                                                                                                                                           



To już na tyle w tym rozdziale.
Mam nadzieję, że się podobał.
Dziękuję także użytkownikom : Mad i Poison
 za przyjemne komentarze.
Miła jest świadomość, że ktoś czyta moje wypociny.
Pozdrawiam serdecznie
EmoDziewka
Ps.
Czy tylko mnie wena dopada przede wszystkim w nocy?
Po co spać, kiedy można pisać..
:D




wtorek, 31 grudnia 2013

Rozdział pierwszy - Zielona Czapeczka

No to jedziemy z pierwszym rozdziałem.
 Od razu informuję, że nie jest zbetowany.
 

Zielona czapeczka

     Tego dnia źle się czułam. Prawdopodobnie złapałam, panującą teraz grypę. Cały ranek przeleżałam w łóżku, podczas gdy moja mama była w pracy. Nic, dosłownie nic, nie odciągnęłoby ją od swoich obowiązków. Nawet moja śmierć.
     Nie, żebym się przejmowała. Przyzwyczaiłam się. Nic nie mogłam poradzić na to, że była taką osobą. W głębi ducha myślę, że tak jest lepiej. Ona nie interesuje się mną , a ja nią.
     Żyjemy pod wspólnym dachem, lecz łączą nas więzi czysto zawodowe, czyli Mary daje mi nocleg i wyżywienie, a ja chodzę do szkoły i nie narzekam. Fajny układ.
     Chociaż przyjemnie byłoby mieć osobę, której mogę wszystko powiedzieć. Ja niestety nie posiadam, chociażby jednej przyjaciółki. Nie przez wzgląd, że coś jest ze mną nie tak, ale przez ciągłe przeprowadzki.
     Bowiem moja mama jest bardzo dobrym prawnikiem. Ludzie z całego kraju dzwonią do niej po pomoc. Jak dotąd nie przegrała ani jednej  sprawy w sądzie, więc co za tym idzie, jej usługi są bardzo kosztowne. Tylko nieliczni mają na tyle pieniędzy, aby ją wynająć. Jednak mama nie zawsze zgadza się na każdą korzystną propozycje. Te najlepiej płatne są zazwyczaj najnudniejsze, np. rozwód pomiędzy bogatymi snobami. Takich zadań jest  przeważnie najwięcej i są najczęściej odrzucane przez Mary.
     Rzadko się zdarza, aby jakaś sprawa naprawdę ją zainteresowała. Jednakże, jeśli tak się już stało, to mama od razu przejmowała nad nią opiekę. Wtedy nie liczyło się nic poza tym wypadkiem. W takich okolicznościach pakowałyśmy cały nasz dobytek i ruszałyśmy do miejsca, w którym rozgrywa się ta akcja.
     Dlatego też nigdy nie miałam domu. Nie chodzi mi o budynek mieszkalny, tylko o poczucie przynależności. Nie miałam swojego kącika, do którego chciałabym wracać. Dzięki podróżom, nic mnie nie trzymało w jednym miejscu.
     Nie wiem co o tym myśleć. Większość ludzi pewnie cieszyłaby się z wiecznej wolności i braku obowiązków. Jednak wszystko z czasem się nudzi. Dni stają się takie same, nic już nie raduje. Prawdziwe szczęście wydaje się zamierzchłą przeszłością.
     Teraz patrząc przez okno na betonowy plac, na którym bawiły się dzieci, poczułam się bardzo samotna i opuszczona. Od zawsze wiedziałam, że jestem niekochana. To nie jest tylko smutna myśl ale i najprawdziwsza prawda. Mam tylko siebie. Od zawsze.
     Chciałam odwrócić wzrok... Oderwać się od bólu i przygnębienia.  Nie zrobiłam tego jednak. Niektórzy powiedzieliby, że jestem masochistką. Może tak jest. Odkąd sięgam pamięcią, to zawsze wszystko tłumiłam w sobie. Lęk przed nieznanym, cierpienie spowodowane samotnością. Tak, to określenie pasuje do mnie jak ulał.
     Nagle pośród dzieci wyłoniła się postać niskiego staruszka z laską, który przetrząsał okolicę wzrokiem. Jakby czegoś szukał. Rodzice maluchów nie zwrócili na niego uwagi. Ja też prawdopodobnie bym go nie zauważyła, gdyby nie fakt, że był... No cóż.. Martwy.
    Nie żył to mogę stwierdzić na pewno...  Nie miał także rozkładającego się ciała, co sugeruje, że nie żywił się ludzkim mięsem. Nie żebym kiedykolwiek widziała zombie. Nie... Za to często spotykałam duchy, czego dowodem był stojący wśród dzieci pan.
    Westchnęłam. Wiedziałam, co mnie czeka. Pośpiesznie zerwałam się z mojego niewygodnego łóżka i ruszyłam w stronę szafy z ubraniami. Ubrawszy na siebie  grubą, czarną bluzę z białym nadrukiem przestawiającym czaszkę i równie ciemne spodnie, ruszyłam do przedpokoju założyć buty.
     Zaśmiałam się pod nosem. Ten strój idealnie odwierciedlał mój nastrój. Wychodząc z mieszkania, dokładnie zamknęłam drzwi i zbiegłam ze schodów. Nie byłabym sobą, gdybym nie wywróciła się na ostatnim stopniu. Zdusiłam przekleństwo . Przynajmniej nie złamałam nogi.
      Z rezygnacją powlokłam się na plac. Wiedziałam, że rozmowa z umarłym nie będzie przyjemna. Prawdopodobnie obrzuci mnie kilkoma ciekawymi epitetami, gdy powiem mu, że nie żyje. Oczywiście on, nie ja.
     Wymusiłam na twarzy uśmiech i otworzyłam bramkę. Popchnęłam drzwiczki i weszłam pośród ludzi. Starałam się unikać wzroku podejrzliwych rodziców, patrzących niepewnie w moją stronę.
     Nie dziwiłam im się. Prawdopodobnie wyglądałam jak satanistka, mając na sobie tylko czarną odzież i pasujące do nich  obuwie. Nie pomagał też fakt, że ubraną miałam skórzaną kurtkę mamy (o dziwo była to najcieplejsza rzecz w domu). Przerażać ich mogła sama barwa moich kudłów. Krucza czerń kontrastowała z niebieskimi końcówkami, które podkreślały kolor tęczówek. Lekko poskręcane włosy spływały mi kaskadą do pasa.
     Nigdy nie rozumiałam kobiet, które ścinały się na krótko. Rozumiem, że jest to wygodne, koniec z ciągłymi kołtunami i czesaniem. Jednakże ja sama nie wytrzymałabym tych ciągłych przeciągów i częstego mylenia mojej płci.
     Byłam coraz bliżej niego. Wyczuwałam już jego aurę. Dziwny zapach drzew i grzybów. Musiał pracować w lesie. Ten człowiek prawdopodobnie był z zawodu leśniczym. Oczywiście, zanim umarł.
     Każdy człowiek zostawia na Ziemi swój ślad.  Może to być rzecz materialna lub mentalna. Do tej pierwszej grupy należą te wszystkie śmieci jakie podczas życia kolekcjonujemy: zdjęcia, biżuteria, książki, antyki...  Nie wspomnę nawet o pieniądzach.
     Niekiedy zaś, ludzie zostają pomiędzy żywymi jako duchy, tylko dla hecy. Uwielbiają gnębić swoich nic niespodziewających się wrogów. Jednak w większości przypadków, zmarli na coś czekają. Albo na kogoś. Chcą także porozmawiać z bliskimi, przekazać swoją najbardziej skrywaną tajemnice, przeprosić za błędy popełnione w młodości, itp.
- Dzień dobry!- zaczęłam, mając nadzieję, że brzmię dosyć optymistycznie- Szuka pan kogoś?!
 Nie przejmowałam się ciekawskimi spojrzeniami ze strony zarówno dorosłych, jak i dzieci.  
     Skupiłam się na duchu staruszka, ubranego w strój leśniczego. Czyli trafiłam...
- Nie mówisz tak krzyczeć, młoda damo. Nie jestem głuchy - powiedział, przypatrując mi się krzywo - A wracając do twojego pytania, zgubiłem wnuka.
- Jak wygląda? Mogłabym pomóc go znaleźć! - zaoferowałam pomoc, licząc na to, że nikt nie zadzwoni na policje albo szpitala psychiatrycznego.
- Młody, dziesięć lat, blondyn z brązowymi oczami - wymieniał.
-Jakieś cechy szczególne?
- Zielona czapka z daszkiem. Kupiłem mu ją na urodziny miesiąc temu - odrzekł z dumą staruszek.
      Nic nie odpowiedziałam. W świecie duchów czas nie płynie tak jak u ludzi. Dla niego to mogło być miesiąc temu, a dla nas kilka lat wstecz.
      Jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. Zaważyłam wychodzącego z placu zabaw chłopca, noszącego na głowie zieloną czapeczkę .
- Widzę go - szepnęłam, po czym lekkim krokiem ruszyłam do furtki.
      Nie chciałam wzbudzać kolejnych podejrzeń. I tak ludzie uważali mnie za wariatkę.Nie złapałam dziecka od razu. Najpierw poczekałam , aż się oddalimy od wścibskich oczu.
      Okazja do rozmowy nadarzyła się pięć minut później, kiedy to przechodziliśmy przez park. Na szczęście nie było w nim nikogo, kto mógłby nam przerwać konwersację.
       Pobiegłam szybko i zagrodziłam chłopcu drogę. Złapałam za rękę, aby nie uciekł. Próbował się wyrwać z mojego uścisku.
- Czekaj. Chciałam porozmawiać. Nie chcę ci zrobić krzywdy- powiedziałam szybko.
- Puszczaj mnie - krzyknął chłopiec zrozpaczony.
- Ale obiecaj, że nie uciekniesz.
      Dziecko pokiwało głową. Wypuściłam jego rękę. Na szczęście, nie puścił się biegiem do bardziej zaludnionej części tego miejsca.
- Usiądziemy? - wskazałam na ławkę, która stała niedaleko nas. Nie czekając na odpowiedź, podeszłam do niej i rozwaliłam się na siedzeniu. Po chwili wahania, chłopiec do mnie dołączył.
- To o czym chciałaś gadać? - W jego głosie pobrzmiewała nuta rezerwy.
- O twoim dziadku. Jak i kiedy zmarł...  - przerwałam, widząc jak zaciska ręce w pięści.
- Zginął dwa dni temu. Od kuli. Ktoś pomylił go ze zwierzęciem...
- Był leśniczym. To od niego dostałeś tą czapkę- powiedziałam z pewnością.
- A ty skąd to wiesz?!- zdziwił się.
- Od niego - powiedziałam krótko - Stoi tuż obok ciebie. Ma na sobie zielony strój  i ciężkie buty. Na jego nosie widnieją okulary z grubymi szkłami.
      Dziecko odskoczyło ode mnie jak oparzone. Nawet nie spostrzegłam, kiedy się zbliżył.
- Kłamiesz! - krzyknął, a w jego głosie pobrzmiewała nuta strachu, a zarazem zainteresowania.
- Po co miałabym cię okłamywać?-  zapytałam, patrząc w oczy dziecku, aby następnie przenieść wzrok na ducha.
      Mężczyzna wyglądał na rozzłoszczonego. Nie dziwiłam mu się. W końcu od kilku dni nie żyje, a jedynym pośrednikiem pomiędzy nim a jego wnukiem jest siedemnastoletnia smarkula, która wygląda jakby wyrwała się z piekła.
- Dziadku chciałbyś coś przekazać młodemu? No wiesz, powiedzieć, gdzie leżą twoje wszystkie oszczędności albo wyjaśnić mu, że jest adoptowany? - uśmiechnęłam się przymilnie. Myślałam, że mężczyzna mnie udusi. Był cały czerwony i trzęsły mu się ręce.
      Wbrew wszystkim przesądom, starzec nie był półprzezroczysty. Wyglądał normalnie. Dlatego ducha  najlepiej poznać po ubraniu lub zachowaniu. Osoby, które umarły niedawno, mają inną gwarę niż ludzie z lat pięćdziesiątych.
- Dziewczynko, nie rób ze mnie pośmiewiska - rzekła zjawa.
      Pokiwałam głową ze zrozumieniem. Następnie wyszczerzyłam zęby i zwróciłam się do chłopca, który siedział nieopodal mnie.
- Ostatnią wolą twojego dziadka jest poinformowanie cię , że jesteś dziewczynką. Gratuluję - powiedziałam uroczyście.
      Dziecko zdębiało, duch zresztą też.
- Ty.. Ty - powtarzał starzec.
- Powiedział także, żebyś nie robił mu wstydu - Przyjrzałam się dziecku- Ma prawo tego żądać. Wyglądasz jak chłopczyca.  Mama nie kupuje ci sukienek?
      Chłopiec patrzył na mnie przerażony, a duch wyglądał jakby miał dostać zawału.
- Nie powiem, też nie lubię sukienek.  Wolę stare, porządne jeansy. Nie jestem także zwolenniczką spódnic. Cholerne przeciągi - wyjaśniłam dumna z siebie.
- Nie jestem... dziewczynką - wykrztusiło dziecko.
- Wiem, też nie czuję się kobieca. Lecz lekarze nie kłamią. Piszą jak kura pazurem, ale nie kłamią - uśmiechnęłam się do młodego. Uwielbiam sobie żartować z denerwujących duchów i okolicznych przechodniów.
- Może za pieniądze dziadka, kupimy ci kiedyś kieckę na dyskotekę -zaproponowałam chłopcu, podczas gdy duch wyzywał mnie od najgorszych.
      Ciekawe słownictwo. Nie powiem. Przyda mi się w momentach kryzysu emocjonalnego. Gość klnie lepiej od niektórych szewców. Cóż nie wiadomo czym się  zajmował w młodości. Może był uczniem rzemieślnika...
      Postanowiłam skończyć moją zabawę. Nie chciałam doszczętnie przerazić dziecka, ani przyprawić dziada o zawał. Chociaż i tak nic by mu się nie stało. Nie może umrzeć drugi raz. Starzec, nie dziecko.
- Chciałby pan coś jeszcze przekazać? - zapytałam niewinnie.
 Duch popatrzył na mnie z nienawiścią. Zatrzepotałam rzęsami, udając niewiniątko.
- Ty! Mała! Głupia...  - przerwał swoją wyliczankę, widząc, że powtarzam za nim każde jego słowo.
- Po prostu powiedz, że klucz do małej, drewnianej skrzynki  z moimi oszczędnościami jest w doniczce na parapecie. Ukryłem go pomiędzy czerwonymi pelargoniami.
 Ha! Wiedziałam, że schował pieniądze. Jeśli  o coś chodzi, to tylko o pieniądze. Wesoła w duchu, ( Ha!) powierzyłam sekret małemu, któremu na wieść o bogactwie, zaświeciły się oczy.
 - Powiedz dziadkowi, że dziękuję - rzekł do mnie z łzami w oczach.
-  Przecież on cię słyszy - odpowiedziałam zdziwiona- Albo i nie - dodałam, widząc zdezorientowaną minę ducha.
      Starość nie radość. Młodość nie wieczność. No chyba, że umrzesz w jako dziecko i zaczniesz straszyć w kamienicach. Polecam, Biała Dama.
      Dziecko zaczęło coś mówić pod nosem, po czym odwróciło się i uciekło. Żadnego dziękuję, hę? Ja tu flaki wypruwam, a ten mi nawet nie podziękuje. Bu...
      Jednak na końcu alejki, chłopiec zawrócił i mi pomachał. Chociaż tyle. Spojrzałam na mojego towarzysza.
 Sylwetka starca zaczęła się  rozmywać. To tylko tyle? Żadnych wzruszających pożegnań? Nic? Na serio?
 - Powodzenia w piekle - powiedziałam do znikającej już postaci. Nie mogłam się powstrzymać.

 


Początek i zapomniany przeze mnie prolog.

Początek i zapomniany przeze mnie prolog

Cześć, jestem dosyć nowa na bloggerze i za cholerę nie umiem go obsługiwać. To jest mój pierwszy blog i mam nadzieję, że nie ostatni. Z góry przepraszam za wszelkie błędy pojawiające się na tej stronie. Dziękuję za uwagę ( Chociaż jest prawdopodobieństwo,że nikt tego nie przeczyta).
 
Pozdrawiam
 EmoDziewka
 
 

Prolog


Dziewczyna patrzyła tępo przed siebie.

Nic nie czuła.
Nic nie widziała.
Tylko...
istniała.
     Przebywała w niekończącej się przestrzeni. Nie powinnam tu być- pomyślała bez emocji. Cierpiała, co do tego nie było wątpliwości. Jej duszę skazano na wieczną tułaczkę. Dlaczego? Sama tego nie wiedziała. Nie miała pojęcia ile czasu błąka się między światami, nie mogąc do żadnego przeniknąć.
     Jej śmierć nie była zaplanowana - usłyszała jakiś czas temu. Jednak umarła. Z ręki osoby, która znaczyła dla niej tak wiele.
-Nie byłam dla niego zbyt dobra - stwierdziła chłodno.
- Nasze więzi nic dla niego nie znaczyły - powtarzała, nie potrafiąc wymówić jego imienia.
- Byłam dla niego nikim - powiedziała, chcąc coś poczuć, po latach nieustającej pustki.
     Zamknęła oczy. W jej umyśle natychmiast pojawił się obraz małej czarnowłosej dziewczynki bawiącej się z niewiele starszym chłopcem. Pamiętała ten dzień. Mimo, że minęło tyle stuleci. Pamiętała jak powiedział jej, że zawsze będzie przy niej. Na wieczność.
     Za chwilę wizja się zmieniła. Teraz przedstawiała dwoje nastolatków, uciekających z przyjaciółmi. Od wspomnień. Od dawnego życia. Myślała, że tak będzie już na wieki. Najwyraźniej się myliła. Boże, jak ona się myliła.
     Była tak zatracona we wspomnieniach, że nie zauważyła pojawiającego się znikąd mężczyzny. Nie interesował jej. Istniała tylko ona. Ona i pustka. Od stuleci. Ciągle sama. Aż pojawił się on.
     Dzięki niemu wróciły emocje. Uaktywnił się żal, gorycz i lęk. Człowiek ten, miał dla niej propozycję. Z każdym jego słowem, oczy dziewczyny otwierały się coraz szerzej ze zdziwienia. Na końcu zapytał:
-Jesteś gotowa?
Kobieta zastanowiła się, po czym pokiwała głową.
- Od wieków - powiedziała, a jej głos rozbrzmiewał echem w pustce.